niedziela, 23 października 2016

Tytułem wstępu.

Całe dzieciństwo i później, do 18 roku życia byłam bardzo szczupła i nigdy nie martwiłam się wagą. Od dziecka jestem bardzo aktywna, siatkówka (miłość i pasja towarzysząca mi do dziś), tańce, rowery, spacery, etc. Jestem jeszcze z pokolenia, które dużo siedziało na zewnątrz. I wszystko było super, aż do pierwszego roku studiów.
Opuściłam wtedy rodzinną wioskę i zamieszkałam w Krakowie. Poza tym, przez problemy z okresem i cerą postanowiłam zacząć brać tabletki antykoncepcyjne.
I tu zaczęły się schody....
Przytyłam w jakieś 7-8 miesięcy jakieś 10 kg spokojnie. Zaczęło się niewinnie. Zauważyłam, że tyję, ale tłumaczyłam to sobie zmianą odżywiania - wiecie jak jest, skończyły się mamine obiadki i zaczęły się nieregularne posiłki. Zwłaszcza, że na początku nie umiałam w ogóle gotować, więc na moją dietę składały się głównie odmrażane pierogi, lub ewentualnie ryż z kurczakiem i takie tam proste dania. Myślałam, że to może też wina braku siatkówki - to był pierwszy rok od 12 roku życia, kiedy nie trenowałam. Jednak miałam wf, więc nie było to tak całkiem zero ruchu.
Wydaje mi się, że głównym powodem były jednak nieszczęsne tabsy. Gdy się połapałam co się dzieje, odstawiłam je i przestałam tyć.
Ale schudnąć nie mogę do dziś, a minęło 6 lat...

Od dwóch lat znowu jestem na tabletkach, i nie mam możliwośc ich odrzucenia. Przynajmniej teraz są dobrze dobrane, co roku badania krwi itd. Nie tak jak wtedy - "chce pani poprawić to i to? Ok, to damy te i te tabletki..", bez żadnych badań, bez niczego... Niestety, byłam młoda i głupia i nie zdawałam sobie sprawy co mi grozi.

Teraz mam straszne wahania wagi, zależne od byle pierdoły. Od roku jednak waga oscyluje ok 70 kg (przy wzroście 169cm). Raz jest to 66kg, raz 71, itd. Trzy dni temu nadszedł moment najgorszy w moim życiu, pierwszy raz waga pokazała 73 kg. I coś we mnie pękło. Nie chcę tak, naprawdę nie chcę.

Najbardziej na świecie frustruje mnie fakt, że NAPRAWDĘ nie siedzę na kanapie i nie wpierdzielam. Mam dwa treningi siatkówki tygodniowo, poza tym (niestety nieregularnie) wplatałam w życie inne treningi - troszkę biegania, troszkę Chodakowskiej, troszkę spinningu, etc. I NIC. Wszystkie moje koleżanki dziwią się, widząc co jem i jak żyję, że ważę aż tyle. Ok, zjem pizzę lub coś słodkiego raz na jakiś czas, ale naprawdę BEZ PRZESADY.

Naprawdę nie wiem, czy te tabsy wtedy aż tak zjechały mi metabolizm, czy co się stało. Wiem, że jestem nieszczęśliwa w swoim ciele i chcę to zmienić.

Należę niestety do ludzi ze słomianym zapałem - wszelkie diety, zrywy ćwiczeniowe itd, kończyły się po 2-3 tyg, bo kiedy nie widzę efektów załamuję się jeszcze bardziej... Od 6 lat nie byłam nad wodą, wakacje w Chorwacji były emocjonalną udręką - bo po prostu wstydziłam się ubrać bikini i iść na plażę. Ciuchy nie leżą na mnie tak, jak bym chciała, połowa szafy to czarny kolor, żeby chociaż trochę się wyszczuplić.

Teraz ma się coś zmienić. Nie chcę się poddać, stąd ten blog. Myślę, że jak będę opisywać wszystko w notkach, to może to mnie zmotywuje do działania.

A więc zaczynam. Na razie mam 3 cele:

1. Gdy mój chłopak wróci na Święta do domu, ma gołym okiem widzieć, że schudłam.
2. W Sylwestra mam się uśmiechać do siebie w lustrze.
3. W urodziny (połowa lutego) mam być już naprawdę zadowolona ze swoich przemian.

Celem długofalowym jest to, żebym latem 2017 sama chciała, ba! Żebym ZAINICJOWAŁA wypad nad wodę. Założę wtedy bikini i nie będę się wstydzić. Ale o tym wolę nie myśleć, lepiej się skupić na tym tu i teraz, żeby się zapał nie spalił jak zawsze.

Wiem, że dieta jest niezbędna, aby schudnąć, jednak chcę swoją przemianę oprzeć głównie na ćwiczeniach - z jednego prostego powodu. Na co dzień słodycze/chipsy/itd jem naprawdę bardzo rzadko (raz na miesiąc powiedzmy). A kiedy jestem "na diecie" jedyne o czym myślę, to to, że zjadłabym lody, przegryzła chipsami, a na kolacje wpierdzieliła pizzę. Serio, jestem emocjonalnym słabeuszem, ale tak to działa. Zakazany owoc kusi mnie niemiłosiernie. Więc postanawiam postawić na ćwiczenia. A za dietę uznam kilka zasad: 

1. Dużo wody, w tym przynajmniej szklanka zimnej,
2. Zielona herbata minimum raz dziennie,
3. Cukier tylko do kawy (w sumie i tak nie słodzę herbat. Ewentualnie w zimie lubię taką z miodem i cytryną), bo jednak kawy bez cukru nie wypiję. Ale nie piję codziennie, więc będzie ok.
4. Biały chleb bye bye.
5. Makaron jasny bye bye.
6. Ser żółty bye bye.
7. Raz w tygodniu, w sobotę - cheat-day (udowodniono, że psychicznie to bardzo pomaga w dietach. Wielu sportowców, a nawet kulturystów stosuje tą zasadę i raz w tygodniu je to, na co ma ochotę. I myślę, że to bardzo dobry pomysł. Prościej cały tydzień jeść ładnie z myślą, że w sobotę zjem pizzę, albo lody.)
8. Alkohol zaniżamy (w sumie i tak piję cokolwiek raz, dwa razy w miesiącu, więc myślę, że nie jest źle.)
9. Nie najadaj się na noc.
10. 5 posiłków dziennie.
11. Nie daj się zwariować.


W piątek (21.10.2016r.) zaczęłam swoją przemianę. Zaczęłam Skalpelem Chodakowskiej, później pokręciłam jeszcze z 10 min hula-hopem (tym takim ciężkim, z wypustkami. Boli to jak diabli. :D)

W sobotę (22.10) to samo - Skalpel i Hula-hop.

Dziś albo pójdę pobiegać, albo też zrobię skalpel. Ale to wieczorem. Napiszę jutro, co zrobiłam.


Rany... Tak bardzo bym chciała, żeby mi się udało... Tak bardzo... Proszę, dodaj mi siły.

Mam nadzieję, że ten blog mi naprawdę pomoże. Nieważne jest dla mnie, czy ktoś go będzie czytał. Ale jak będę opisywać swoje dni, to chyba jakoś psychicznie będzie mi łatwiej. Bo będę widzieć co i jak. Jutro rano się też pomierzę, może nawet wrzucę jakieś foty? Tak chyba najlepiej później stwierdzić efekty.

Trzymaj za mnie kciuki, kimkolwiek jesteś. Proszę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz